Almanach Concilium Civitas 2020/2021 – Profesor Georges Mink “Nowe spojrzenie na 1989 rok w świetle jego konsekwencji: analiza przeprowadzona przez „zaangażowanego obserwatora”” –

Concilium Civitas, Almanach 2020/2021, Przyszłość, Czas po COVID

Georges Mink “Nowe spojrzenie na 1989 rok w świetle jego konsekwencji: analiza przeprowadzona przez „zaangażowanego obserwatora”

Praga, 6 grudnia 2019, odczyt
na otwarcie konferencji Beyond 1989 Hopes and Disillusions After
Revolutions (A Global Approach)
zorganizowanej przez francuskie
centrum badań społecznych
w Pradze (CEFRES).

Obchody 30. rocznicy końca reżimów komunistycznych w Europie Środkowej przebiegły wszystkie, lub prawie wszystkie, w równie szarej tonacji. Kontrast staje się uderzający, kiedy oglądamy filmy dokumentalne z 1989 roku: radośni berlińczycy przechodzący przez wyrwy w murze berlińskim, pełne inwencji tłumy prażan podzwaniające kluczami, nakazujące komunistom w ten sposób odejść. Nie da się ukryć, że w Warszawie po zwycięstwie w częściowo wolnych wyborach 4 czerwca 1989 roku radość była nieco bardziej powściągliwa, jednak była widoczna na wszystkich twarzach. Dzisiaj, poza nielicznymi oficjalnymi uroczystościami rocznicowymi i ich rutynowym protokołem, organizowane są konferencje, których uczestnicy zastanawiają się przede wszystkim nad rozczarowaniami, zdradzonymi marzeniami, złymi wyborami wówczas dokonanymi, sprzeniewierzeniem się woli ludu. Można powiedzieć, że nad 1989 rokiem zapadł ołowiany całun dzisiejszych zagrożeń. Czy narastanie populistycznych narracji adresowanych do społeczności zmarginalizowanych przez politykę przemian i/lub politykę promowania suwerenności wobec europejskiej budowli bądź też demontaż demokratycznych mechanizmów kontrolnych zastępowanych przez mechanizmy autorytarnego zarządzania – czy zjawiska te mogą mechanicznie wynikać z 1989 roku? A czy nagłe pojawienie się nowych konfiguracji geopolitycznych, zależących od nieprzewidywalnych i skorumpowanych postaci politycznych, które zapanowały nad losami świata, jest wynikiem końca świata podzielonego na dwa bloki ideologiczne? Można do tego dodać drastyczne nierówności społeczno-ekonomiczne i napływ imigrantów z krajów Południa, a także spontaniczne ruchy społeczne, które narodziły się na skutek relatywnego ubożenia klas średnich w krajach postindustrialnych. Czy jest jakiś związek przyczynowo-skutkowy między tym, co nastąpiło 30 lat temu, a zjawiskami, które tak nas dzisiaj niepokoją?Odpowiedź brzmi: nie, ale… Jeśli bowiem przyjrzymy się bliżej temu, co nastąpiło nieco przed rokiem 1989 i w samym tym roku, stwierdzimy, że już w tamtym okresie były nagromadzone pewne zasoby, które posłużyły późniejszym graczom politycznym. Jednak na pewno 1989 rok nie odpowiada za wszystkie nieszczęścia świata! Identyfikacja i lokalizacja tych zasobów nie oznacza ustalania jakichś relacji deterministycznych, a jedynie świadomość, które intencjonalne działania czy zachowania wywołały nieoczekiwane skutki. Kilku głównych graczy 1989 roku wcześnie nas ostrzegało, na przykład Bronisław Geremek, który już w 1990 roku powiedział: „Wolność została zdobyta, ale demokracja pozostaje niepewna”. Ten sam Geremek, trawestując słynne zdanie premiera Piemontu Massimo d’Azeglio, powiedział w 2004 roku:„Stworzyliśmy Europę, pozostaje nam stworzyć Europejczyków”.
Jaki jest punkt wyjścia?
Co się dzieje pod koniec lat 80.? Po pierwsze, mimo bardzo zwodniczego i glajchszaltującego wizerunku całego bloku sowieckiego sytuacja w poszczególnych krajach bardzo się różni. W Polsce dochodzi do impasu w konfrontacji między władzą a społeczeństwem, Węgry żyją resztkami kadarowskiego kompromisu, zwanego Archipelagiem Gulasz, podczas gdy partia komunistyczna dzieli się, a opozycja poszukuje własnej drogi. Natomiast w Czechosłowacji, pomimo Karty 77 i mobilizacji jej wiernych zwolenników, dochodzi do normalizacji, która traci oddech, choć wydaje się, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a w Bułgarii reżim naśladuje fasadowy „gorbaczowizm” wraz z centrolewicową, proekologiczną partią Ekogłasnost, w Rumunii zaś nadal panuje wszechwładne małżeństwo Ceauşescu. Jest to bez wątpienia obraz, który nie uwzględnia głębokich, jeszcze ukrytych, trendów, ale to właśnie on dominuje w czasach, gdy ekipa Gorbaczowa robi wszystko, co w jej mocy, by się pozbyć doktryny Breżniewa. Do tego tematu jeszcze powrócimy.
Leniwy umysł, który lubi metaforyczne skróty, oferuje nam idylliczny obraz ruchów odśrodkowych w 1989 roku, przypominających lawinę lub kostki domina czy też może śnieżną kulę. A przecież jedną z zasadniczych konsekwencji rozmaitości sytuacji wewnętrznych, odziedziczonej po stopniowym różnicowaniu trajektorii krajowych, jest różnorodność tempa i dramaturgii procesów wychodzenia z komunizmu. Gdybyśmy ze względów pedagogicznych mieli używać metafor ze świata gier, zobaczylibyśmy, że najpierw był to poker kłamców, który cechował szukanie po omacku negocjatorów przy polskim lub przy węgierskim Okrągłym Stole (w tym drugim przypadku raczej trójkątnym w swojej drugiej fazie, z czerwca-września), potem szachy w poszukiwaniu mata, a dopiero w dalszej kolejności harmonijne przewracanie się kostek domina. Aby ta ostatnia metafora była wiarygodna, potrzebne były symboliczny akty zniesienia granic, jak między Węgrami a Austrią, cięcie drutów kolczastych przez Gyulę Horna, a przede wszystkim kilofy, którymi berlińczycy otworzyli mur berliński. Ówczesne filmy oglądane w zwolnionym tempie stanowią dzisiaj materiał narracyjnego rozróżnienia wyścigów politycznych, które najczęściej przeciwstawiają sobie „liberałów” i „antyliberałów”. Z owej pamiętnej kłótni dotyczącej tempa zmian wyniknie stygmat porozumienia między czerwonymi a tak zwanymi różowymi elitami, mającego na celu podział władzy politycznej i ekonomicznej po upadku komunizmu. Za cenę zatarcia złożoności i przeszkód napotkanych podczas procesu wychodzenia z komunizmu. Aby lepiej to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć kontekst końca lat 80.

Jaki był horyzont oczekiwań i taktycznych przewidywań
między 1985, a raczej między 1987 a 1989 rokiem?

Najpierw na Zachodzie, gdzie dominowało przekonanie, że komunizm ma przed sobą długie życie, pomimo ewidentnego wewnętrznego wrzenia, o którym donosili badacze i dyplomaci. Tak oto Henry Kissinger, amerykański sekretarz stanu, robiąc rundę po krajach Europy Wschodniej, po przybyciu do Moskwy sugerował Gorbaczowowi, by pozwolił Europie na finlandyzację w zamian za gwarancję, że Amerykanie nie będą próbowali wciągnąć tego regionu do zachodniej strefy wpływów. Podczas swojej podróży do Polski i na Węgry prezydent George Bush senior intelektualnie przyjął scenariusz komunistów, czy wręcz Moskwy, zakładający „dwugłowy podział władzy przy uznaniu Jaruzelskiego i węgierskich przywódców”. Paradoksalnie jednak nie ufał Imre Pozsgayowi, reformatorowi wywodzącemu się z szeregów Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, którego uważano za zbyt awanturniczego, a więc sądzono, że mógłby pokrzyżować politykę Gorbaczowa! I wreszcie François Mitterrand, autor słynnych życzeń skierowanych 24 grudnia 1981 roku do narodu francuskiego, w których powiedział, że „wszystko, co pozwoli wyjść z układu jałtańskiego, zostanie uczynione”, widział przyszłość jako szereg małych kroków, nawet gdyby miało to stanowić szok dla wschodnich Europejczyków. To on wysunął propozycję powołania „konfederacji europejskiej” włączającej również Rosję, dodając, że zjednoczenie kontynentu zajmie dziesiątki lat. Tymi słowami sprowokował ostrą reakcję na przykład Vaclava Havla, oburzonego na takie niezrozumienie roli, jaką Rosja Radziecka przez ostatnie pół wieku odgrywała w jego kraju. Konfederacja wyglądała na wybieg mający uspokoić niecierpliwych, ale mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej widzieli w niej rodzaj poczekalni, by nie rzec parkingu. Podczas nie w pełni demokratycznych wyborów czerwcowych w Polsce, które niektórzy analitycy uważają za punkt zwrotny w rewolucji antyradzieckiej, francuski prezydent spacerował po Westerplatte z generałem Jaruzelskim, sądząc, że to on właśnie jest głównym rozgrywającym. Przez całe lata 80. Mitterrand uważał, że ewolucja Europy Środkowej drogą Kadara jest bardziej wiarygodna niż ta proponowana przez opozycję demokratyczną. Był nieufny wobec rewolucyjnych porywów konspiratorów z Solidarności. Według krążącej anegdoty, kiedy János Kadar przyjechał z oficjalną wizytą do Francji, na zaproszenie prezydenta Giscarda d’Estaing, zamiast zgodnie z rutyną panującą wśród przywódców bloku komunistycznego udać się do siedziby Partii Komunistycznej, odwiedził sekretarza Partii Socjalistycznej przy skwerze Malesherbes. Mitterrand, który uznał to za dług do spłacenia, doszedł do wniosku, że komunizm musi ewoluować drogą obraną przez węgierskiego przywódcę. Helmut Schmidt, podobnie jak Helmut Kohl, wzywał do umiaru w obawie przed zahamowaniem ich Ostpolitik, polegającej na zbliżeniu między dwoma państwami niemieckimi. Można cytować wiele innych przykładów ówczesnego konserwatyzmu geopolitycznego zachodnich przywódców, bojących się dramatycznych konsekwencji rewolucyjnego przyspieszenia. Nawet wśród niektórych intelektualistów znanych z ostrego antykomunizmu panował pesymizm. Tytułem anegdoty pozwolę sobie przytoczyć Jeana-François Revela, który w swoim bestsellerze Jak giną demokracje zdeprymował nas słowami: „Demokracja była w historii jedynie incydentem, krótkim nawiasem, który na naszych oczach się zamyka”[1]Bilans francuskiego spojrzenia, a w konsekwencji francuskiego zaangażowania w Europie Środkowej, nie jest jednoznaczny. Na korzyść Francji przemawia to, że francuskie władze bardzo wcześnie zaczęły uprawiać podczas oficjalnych podróży podwójną dyplomację, której najbardziej symbolicznym aktem było śniadanie François Mitterranda we francuskiej ambasadzie w Pradze w grudniu 1988 roku, w którym wzięli udział najsłynniejsi dysydenci czescy, pod nosem komunistycznych przywódców. Po krótkim zawahaniu w chwili wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, o którym Claude Chaysson, ówczesny minister spraw zagranicznych, powiedział: „to wewnętrzna sprawa Polski, w związku z czym oczywiście niczego nie będziemy robić”, Francja postanowiła masowo przyznawać status … Continue reading. Bez wątpienia dzisiaj słuchalibyśmy go bardziej uważnie. W Europie Wschodniej niepewność była również uczuciem dominującym. Uczestnicy życia polityczno-gospodarczego z Europy Środkowo-Wschodniej z pewnym sceptycyzmem śledzili ewolucję gorbaczowizmu. Tylko nieliczni wierzyli, że mają do czynienia z autentycznym zwrotem w radzieckiej polityce zagranicznej. W gruncie rzeczy w samym centrum imperium odbywała się teatralizacja strategii komunikacyjnej, której głównym elementem były podróże radzieckiego przywódcy do Belgradu, Pragi i Warszawy czy też do Berlina na obchody 40-lecia powstania NRD. Zadaniem emisariuszy Kremla było otwarcie nowych przestrzeni, bardziej podatnych na działanie sił odśrodkowych, które miały ułatwić pozbycie się przez imperium ciężarów hamujących jego modernizację, a nawet uniemożliwiających ratowanie międzynarodowego komunizmu. Taka była rola na przykład Olega Bogomołowa (przewodniczący Instytutu Marksizmu-Leninizmu przy KC KPZR) czy Leonida Jagodowskiego (wicedyrektor Instytutu Gospodarki Systemu Krajów Socjalistycznych). Ten ostatni w wywiadzie udzielonym w Tokio w lutym 1988 roku, komentując wydarzenia Praskiej Wiosny 1968 roku, powiedział: „Żadna partia nie może rościć sobie prawa do wzywania kogokolwiek na pomoc, by się przeciwstawić decyzji podjętej przez inny kraj”. Każdy, kto chce, rozumie, że jest to śmierć doktryny Breżniewa. To również czasy, kiedy socjotechnika i decyzje eksperckie zaczynają odgrywać znaczącą rolę w decyzjach polityków reformatorów w Moskwie, Budapeszcie czy Warszawie. Anegdota, którą teraz przytoczę, ilustruje ograniczenia projektu Gorbaczowa i pokazuje, do jakiego stopnia twórcza działalność polityczna pod jego egidą, mająca na celu zdalne sterowanie zmianami, nie mogła już zatrzymać narastających tendencji do upadku komunistycznego reżimu. W październiku 1981 roku wraz z kolegą czeskiego pochodzenia, Zdenkiem Strmiską, w ramach wymiany między francuskim Narodowym Centrum Badań Naukowych a radziecką Akademią Nauk wygłosiliśmy w Moskwie kilka wykładów. Przywieźliśmy ze sobą list polecający od jednego z liderów Praskiej Wiosny, mieszkającego w Innsbrucku Zdenka Mlynara, który w latach 50. wraz z Gorbaczowem studiował w Wyższej Szkole Partyjnej. List ten otworzył nam drzwi do grupy ekspertów skupionej wokół Aleksandra Jakowlewa, sekretarza KC KPZR do spraw ideologii. Jednym z tematów, którymi tam się zajmowano, było układanie scenariuszy ewolucji krajów satelitarnych Europy Środkowej. Podczas tej wizyty spotkaliśmy wielu scenarzystów politycznych, takich jak Igor Klamkin, Andranik Migranyan, Wiaczesław Dasziczew, Eugenij Abramcumow. Ten ostatni zajmował się układaniem scenariusza wschodnioniemieckiego. Opowiadał nam, jakie słowa skieruje następnego dnia Gorbaczow do Honeckera podczas defilady z okazji 40. rocznicy powstania NRD. Spotkaliśmy się także z Mariną Pawłową-Silwańską, znaną redaktorką czasopisma „Kominform”, w którym pracowała w Pradze w latach 60., zagorzałą zwolenniczką Praskiej Wiosny i jej liderów. To ona opracowywała scenariusz czeski. Opowiadała nam o wywiadzie, jakiego udzielił Alexander Dubček, jeszcze przebywający w areszcie domowym, którego dyskretnie, bez wiedzy czeskich towarzyszy sfilmowano w Bratysławie dla bardzo popularnego leningradzkiego programu Piąte koło. Wywiad ten miał przygotować radziecką opinię publiczną na coś absolutnie niesłychanego: powrót Dubčeka do władzy z błogosławieństwem Gorbaczowa, który podobno wahał się między Dubčekiem a swoim kolegą ze studiów Mlynarem. Mimo rozczarowującego pobytu w Pradze w 1987 roku Gorbaczow życzył sobie zmiany, co udowodnił, odpowiadając na pytanie dziennikarza: „Jaka jest różnica między pierestrojką a Praską Wiosną?” – „Zaledwie 20 lat”. Znamy dalszy ciąg, scenariusz Gorbaczowa się nie spełnił i pierwszym prezydentem postkomunistycznej Czechosłowacji został Havel, a Dubček musiał zadowolić się stanowiskiem przewodniczącego Zgromadzenia Federalnego. Pierwszym szefem rządu został jednak Marian Čalfa, w zasadzie w przeddzień nominacji będący jeszcze członkiem Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Zmiana ustroju nie przebiegła więc zgodnie z pierwotnym scenariuszem. Z przeprowadzonych przez nas rozmów wynika, że generalny scenariusz radzieckiego przywódcy polegał na podziale władzy, w którym opozycja miała odpowiadać za zarządzanie kryzysem gospodarczym, a komunistom miało przypaść stanowisko prezydenta o władzy porównywalnej z władzą prezydenta Republiki Francuskiej. W trzech krajach zadziałało to tylko prowizorycznie, na krótką metę. W Polsce prezydentem został generał Jaruzelski, w ZSRR Gorbaczow, a w Bułgarii Peter Mladenov. Większość zakładanych projektów upadła, ale wzburzenie tych, których scenariusze krążyły wśród reformatorów w większości podupadających, choć wciąż będących u władzy partii komunistycznych, potwierdza hipotezę o końcu ustroju. Jedna z najpoważniejszych konsekwencji tego, co nastąpiło w 1989 roku, dotyczy struktur rewolucyjnej i postrewolucyjnej prawomocności. Od samego początku były one kruche i słabe, a ich skuteczność wątpliwa, co pozwala na ambiwalentną, by nie rzec antagonistyczną interpretację.

Legitymizacja władzy zależy od interpretacji sensu
okrągłych stołów

W różnych krajach są organizowane okrągłe stoły, lecz nie są onedo siebie podobne. Jednak sposób, w jaki następuje przekazanie władzy – czy to drogą negocjacji przy okrągłych stołach, czy też pozakulisowo – wszędzie ma taki sam skutek pod względem rewolucyjnej i postrewolucyjnej legitymizacji: wprowadzenie zamieszania w stosunku do początkowego rozdania kart. Przyjrzyjmy się sytuacji w Polsce i na Węgrzech, gdzie metafora okrągłego stołu jest najbliższa rezultatom negocjacji. Po obu stronach stołu widzimy prawdziwą rywalizację o korzyści płynące z legitymizacji. W dziesiątą rocznicę polskiego Okrągłego Stołu telewizja wyemitowała film Skazani na siebie, wykorzystujący taśmy generała Kiszczaka, a nakręcony bez wiedzy uczestników, który pokazuje ich komitywę, jakby celem było skompromitowanie negocjatorów. Jedyne uroczystości zostały wówczas zorganizowane przez prezydenta Kwaśniewskiego w Pałacu Namiestnikowskim: odtworzono Okrągły Stół, który obejrzało 20 tysięcy odwiedzających, i podpisano album fotografii dobranych w dość stronniczy sposób. Niezależnie od stronniczo dobranych scen Okrągły Stół był aktem założycielskim „zdradzonej rewolucji”. Co zostało ukryte pod stołem? Możemy wyróżnić trzy kategorie postaw: Nostalgicy (Okrągły Stół = prawomocność = prawa autorskie itp.), wśród których odnajdujemy ekskomunistów przebranych za neosocjaldemokratów i liberałów, zwolenników zjednoczenia na rzecz wolności. Podejrzliwi i wykluczeni, którzy kultywują mit zdrady: co zostało ukryte pod Okrągłym Stołem, teoria spiskowa, podział benefitów między elitami, zdradzona rewolucja itp. Janos Kis określi to jako „grzech pierworodny” węgierskiego Okrągłego Stołu, który nie pozwolił, by stał się on źródłem legitymizacji nowej władzy. „Prawdziwa, organiczna choroba [węgierskiego] Okrągłego Stołu polegała na tym, że za tajną salą znajdowała się sala jeszcze bardziej tajna, w której przedstawiciele WSPR [Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej] twarzą w twarz prowadzili negocjacje z ograniczoną grupą opozycjonistów, głównie z Forum Demokratycznego”. Outsiderzy: ci, którzy w rozmowach uczestniczyli, ale nie odnieśli z nich korzyści, na przykład bracia Kaczyńscy. „W Magdalence chodziło o legalizację Solidarności. Nie było sekretnego porozumienia mającego na celu przekazanie władzy politycznej opozycji w zamian za utrzymanie władzy ekonomicznej przez komunistów. Nastąpiła natomiast fraternizacja opozycji z przedstawicielami reżimu, co komuniści później wykorzystali”.

Natychmiastowe korzyści ekskomunistów

Komuniści od razu odnieśli szereg korzyści, jak: uniknięcie bezpośredniego potępienia, gdyż opozycja samoograniczyła się i nie ośmieliła nazwać rzeczy po imieniu; krytyka reżimu nie mogła doprowadzić do tego, by zaczęto atakować osoby fizyczne, czyli komunistów, a sam reżim można było krytykować tylko w sposób aluzyjny.
Dwa przykłady:
– Cztery dni po sesji otwierającej obrady Okrągłego Stołu strona rządowa postanowiła postawić Solidarność pod ścianą: „Czego właściwie chcecie: kapitalizmu czy socjalizmu?”. Odpowiedź Tadeusza Mazowieckiego: „Nie wiem, czy w Szwecji panuje kapitalizm, a w Kambodży socjalizm. Dla mnie główna linia podziału przebiega między totalitaryzmem a antytotalitaryzmem”.
– Podczas spotkania z komunistami Vaclav Havel powiedział: „Listopadowy bunt był skierowany przeciw totalitarnemu porządkowi, nie przeciw komunistom”.
W tym właśnie okresie komunizm uniknął globalnego potępienia, a komunistyczni negocjatorzy zaznaczyli różnicę między sobą, czyli uczestnikami okrągłych stołów, a abstrakcyjnymi stalinistami. Dla polskich lub węgierskich ekskomunistów, zaangażowanych w transformację swoich partii, Okrągły Stół stanowił historyczną szansę. Z dwóch powodów. Z jednej strony opozycja pozwoliła im na wynegocjowanie częściowej, kontrolowanej kapitulacji. Z drugiej strony Okrągły Stół to dla nich okazja, aby w zawoalowany sposób wyznać grzechy, okazać skruchę, a jednocześnie zażądać patriotycznej rehabilitacji (i ją narzucić), będącej warunkiem zgody z narodem za pośrednictwem swoich rozmówców z drugiej strony stołu. W ten oto sposób komuniści przestawali być obcymi we własnym narodzie, społecznie znienawidzonymi, a politycznie pogardzanymi. Po raz pierwszy ludzie szczerze się do nich uśmiechali, klepali przyjaźnie po ramieniu, godzili się na wspólne zdjęcia. Stworzyło to pewne więzi psychologiczne, nic więc dziwnego, że komuniści z nostalgią wspominają tamte chwile fraternizacji, bezpowrotnie minione wraz z pierwszymi zwycięstwami wyborczymi antykomunistów, powszechnie wyśmiane po faktycznym upadku imperium. Powrót do narracji „oni – my” pod wpływem zarazem wyborów, jak i kampanii dekomunizacyjnych wzmocnił u nich mit łączącego i harmonijnego Okrągłego Stołu. Aleksander Kwaśniewski, aktywny negocjator po stronie rządowej, przyszły prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, mówił nawet o „utraconej szansie”.
Po 1989 roku na tej żyznej glebie stopniowo nastąpiło przejście od niezaspokojonego wymiaru sprawiedliwości okresu zmiany ustrojowej (wielu było takich, którzy uniknęli lustracji i dekomunizacji) w kierunku symboliki i pamięci. Rozłam dotyczący interpretacji 1989 roku usztywnia się wokół tematu bezkarności komunistycznych zbrodni. A jednak to właśnie w późniejszym okresie, z jego orszakiem przemian społecznych i ekonomicznych, nagromadziły się główne problemy, których źródła sięgają 1989 roku.
Masowe zwycięstwo myśli liberalnej w polityce ekonomicznej i społecznej – z tak symbolicznymi postaciami jak Leszek Balcerowicz, a w tle z piętnem ręki obcokrajowca, którego ucieleśniają liberalni ekonomiści w rodzaju Jeffreya Sachsa i Davida Liptona – otworzyło drogę krytycznemu dyskursowi społecznemu mówiącemu o prawdziwych problemach, ale jakże łatwo instrumentalizowanemu przez populistów. Przecenianie powrotu do Europy oraz nastawienie się na wymuszony marsz w kierunku przyszłości przydadzą wagi innemu deficytowemu tematowi, który pozwoli na budowanie eurosceptycznej narracji nacjonalistycznej i suwerenistycznej, skutecznie opartej na pragnieniu dużej części populacji, ograbionej z heroicznej historii i pamięci – na pragnieniu renacjonalizacji dyskursu historycznego z jego prawdziwymi lub fałszywymi legendami o bohaterstwie.
Sprytnie zinstrumentalizowana zbitka tych problemów da znakomitą pożywkę zwolennikom konserwatyzmu i autorytaryzmu.
Na zakończenie kilka słów o zamęcie semantycznym jako przyczynie słabości rewolucyjnych struktur z 1989 roku. Brak konsensu w ocenie tego, co się wówczas zdarzyło, ułatwił manipulację historyczną. Wystarczy spojrzeć na polityczne skutki wywołane przez próbę delegitymizacji wydarzeń z 1989 roku w Europie Środkowej. Tamta dziwna rewolucja i nieczytelność jej przekazu doprowadziły do prawdziwego konkursu piękności hybrydowych etykietek: najbardziej znaną była „refolution” (ni to rewolucja, ni to reforma) Timothy’ego Gartona Asha, ale również „dyskretna rewolucja” – termin Jadwigi Staniszkis, metafora oparta na statystyce, „negocjowana rewolucja” Laszlo Bruszta, „rewolucja bez barykad” François Fejtö, „rewolucja bez przeciwników” itd. Ta nieczytelność otworzyła drogę nie tylko akademickiemu sceptycyzmowi, ale też przede wszystkim pewnej kategorii demagogicznych uczestników życia politycznego, którzy mówili o niedokończonej czy też zdradzonej rewolucji, niektórzy wręcz żałując, że nie polała się krew, i proponując przejście do drugiego etapu rewolucji, tym razem z szubienicami, aby w ten właśnie sposób przypieczętować rewolucyjny przełom. Zamęt ten podkreśla pewien paradoks, widoczny zwłaszcza w Polsce: niezapowiedziane zamienienie teoretycznych zwycięzców, którymi mieli być robotnicy, członkowie Solidarności, w pariasów fabryk zamykanych w ramach polityki restrukturyzacji i zaciskania pasa, podczas gdy teoretyczni przegrani, którymi mieli być członkowie nomenklatury reżimu komunistycznego, korzystają z rodzącego się kapitalizmu i unikają wymiaru sprawiedliwości okresu zmiany ustrojowej. To znakomity argument wykorzystywany przez propagandę partii nacjonalistycznych i konserwatywnych typu PiS lub partii Fidesz. Albert Camus miał rację, mówiąc, że „źle nazwać rzeczy to powiększać nieszczęścia świata”.

Przewiń do góry