Almanach Concilium Civitas 2020/2021 – Profesor Georges Mink “Nowe spojrzenie na 1989 rok w świetle jego konsekwencji: analiza przeprowadzona przez „zaangażowanego obserwatora”” –

Concilium Civitas, Almanach 2020/2021, Przyszłość, Czas po COVID

Georges Mink “Nowe spojrzenie na 1989 rok w świetle jego konsekwencji: analiza przeprowadzona przez „zaangażowanego obserwatora”

Praga, 6 grudnia 2019, odczyt
na otwarcie konferencji Beyond 1989 Hopes and Disillusions After
Revolutions (A Global Approach)
zorganizowanej przez francuskie
centrum badań społecznych
w Pradze (CEFRES).

Obchody 30. rocznicy końca reżimów komunistycznych
w Europie Środkowej przebiegły wszystkie, lub prawie
wszystkie, w równie szarej tonacji. Kontrast staje się uderzający,
kiedy oglądamy filmy dokumentalne z 1989 roku:
radośni berlińczycy przechodzący przez wyrwy w murze
berlińskim, pełne inwencji tłumy prażan podzwaniające
kluczami, nakazujące komunistom w ten sposób odejść. Nie
da się ukryć, że w Warszawie po zwycięstwie w częściowo
wolnych wyborach 4 czerwca 1989 roku radość była nieco
bardziej powściągliwa, jednak była widoczna na wszystkich
twarzach.
Dzisiaj, poza nielicznymi oficjalnymi uroczystościami rocznicowymi
i ich rutynowym protokołem, organizowane są
konferencje, których uczestnicy zastanawiają się przede
wszystkim nad rozczarowaniami, zdradzonymi marzeniami,
złymi wyborami wówczas dokonanymi, sprzeniewierzeniem
się woli ludu. Można powiedzieć, że nad 1989 rokiem
zapadł ołowiany całun dzisiejszych zagrożeń. Czy narastanie
populistycznych narracji adresowanych do społeczności
zmarginalizowanych przez politykę przemian i/lub politykę
promowania suwerenności wobec europejskiej budowli
bądź też demontaż demokratycznych mechanizmów kontrolnych
zastępowanych przez mechanizmy autorytarnego
zarządzania – czy zjawiska te mogą mechanicznie wynikać

z 1989 roku? A czy nagłe pojawienie się nowych konfiguracji geopolitycznych,
zależących od nieprzewidywalnych i skorumpowanych
postaci politycznych, które zapanowały nad losami świata, jest wynikiem
końca świata podzielonego na dwa bloki ideologiczne? Można do
tego dodać drastyczne nierówności społeczno-ekonomiczne i napływ
imigrantów z krajów Południa, a także spontaniczne ruchy społeczne,
które narodziły się na skutek relatywnego ubożenia klas średnich
w krajach postindustrialnych. Czy jest jakiś związek przyczynowo-
-skutkowy między tym, co nastąpiło 30 lat temu, a zjawiskami, które
tak nas dzisiaj niepokoją?
Odpowiedź brzmi: nie, ale…
Jeśli bowiem przyjrzymy się bliżej temu, co nastąpiło nieco przed rokiem
1989 i w samym tym roku, stwierdzimy, że już w tamtym okresie
były nagromadzone pewne zasoby, które posłużyły późniejszym
graczom politycznym. Jednak na pewno 1989 rok nie odpowiada za
wszystkie nieszczęścia świata! Identyfikacja i lokalizacja tych zasobów
nie oznacza ustalania jakichś relacji deterministycznych, a jedynie
świadomość, które intencjonalne działania czy zachowania wywołały
nieoczekiwane skutki.
Kilku głównych graczy 1989 roku wcześnie nas ostrzegało, na przykład
Bronisław Geremek, który już w 1990 roku powiedział: „Wolność została
zdobyta, ale demokracja pozostaje niepewna”. Ten sam Geremek,
trawestując słynne zdanie premiera Piemontu Massimo d’Azeglio,
powiedział w 2004 roku: „Stworzyliśmy Europę, pozostaje nam stworzyć
Europejczyków”.
Jaki jest punkt wyjścia?
Co się dzieje pod koniec lat 80.? Po pierwsze, mimo bardzo zwodniczego
i glajchszaltującego wizerunku całego bloku sowieckiego sytuacja
w poszczególnych krajach bardzo się różni. W Polsce dochodzi
do impasu w konfrontacji między władzą a społeczeństwem, Węgry
żyją resztkami kadarowskiego kompromisu, zwanego Archipelagiem
Gulasz, podczas gdy partia komunistyczna dzieli się, a opozycja poszukuje
własnej drogi. Natomiast w Czechosłowacji, pomimo Karty 77

i mobilizacji jej wiernych zwolenników, dochodzi do normalizacji,
która traci oddech, choć wydaje się, że wszystko idzie w dobrym kierunku,
a w Bułgarii reżim naśladuje fasadowy „gorbaczowizm” wraz
z centrolewicową, proekologiczną partią Ekogłasnost, w Rumunii
zaś nadal panuje wszechwładne małżeństwo Ceauşescu. Jest to bez
wątpienia obraz, który nie uwzględnia głębokich, jeszcze ukrytych,
trendów, ale to właśnie on dominuje w czasach, gdy ekipa Gorbaczowa
robi wszystko, co w jej mocy, by się pozbyć doktryny Breżniewa. Do
tego tematu jeszcze powrócimy.
Leniwy umysł, który lubi metaforyczne skróty, oferuje nam idylliczny
obraz ruchów odśrodkowych w 1989 roku, przypominających lawinę
lub kostki domina czy też może śnieżną kulę. A przecież jedną z zasadniczych
konsekwencji rozmaitości sytuacji wewnętrznych, odziedziczonej
po stopniowym różnicowaniu trajektorii krajowych, jest różnorodność
tempa i dramaturgii procesów wychodzenia z komunizmu. Gdybyśmy
ze względów pedagogicznych mieli używać metafor ze świata gier, zobaczylibyśmy,
że najpierw był to poker kłamców, który cechował szukanie
po omacku negocjatorów przy polskim lub przy węgierskim Okrągłym
Stole (w tym drugim przypadku raczej trójkątnym w swojej drugiej fazie,
z czerwca-września), potem szachy w poszukiwaniu mata, a dopiero
w dalszej kolejności harmonijne przewracanie się kostek domina. Aby
ta ostatnia metafora była wiarygodna, potrzebne były symboliczny akt
zniesienia granic, jak między Węgrami a Austrią, cięcie drutów kolczastych
przez Gyulę Horna, a przede wszystkim kilofy, którymi berlińczycy
otworzyli mur berliński.
Ówczesne filmy oglądane w zwolnionym tempie stanowią dzisiaj materiał
narracyjnego rozróżnienia wyścigów politycznych, które najczęściej
przeciwstawiają sobie „liberałów” i „antyliberałów”. Z owej
pamiętnej kłótni dotyczącej tempa zmian wyniknie stygmat porozumienia
między czerwonymi a tak zwanymi różowymi elitami, mającego
na celu podział władzy politycznej i ekonomicznej po upadku
komunizmu. Za cenę zatarcia złożoności i przeszkód napotkanych
podczas procesu wychodzenia z komunizmu.
Aby lepiej to zrozumieć, trzeba sobie przypomnieć kontekst końca
lat 80.

Jaki był horyzont oczekiwań i taktycznych przewidywań
między 1985, a raczej między 1987 a 1989 rokiem?

Najpierw na Zachodzie, gdzie dominowało przekonanie, że komunizm
ma przed sobą długie życie, pomimo ewidentnego wewnętrznego
wrzenia, o którym donosili badacze i dyplomaci. Tak oto Henry
Kissinger, amerykański sekretarz stanu, robiąc rundę po krajach
Europy Wschodniej, po przybyciu do Moskwy sugerował Gorbaczowowi,
by pozwolił Europie na finlandyzację w zamian za gwarancję,
że Amerykanie nie będą próbowali wciągnąć tego regionu do
zachodniej strefy wpływów. Podczas swojej podróży do Polski i na
Węgry prezydent George Bush senior intelektualnie przyjął scenariusz
komunistów, czy wręcz Moskwy, zakładający „dwugłowy podział
władzy przy uznaniu Jaruzelskiego i węgierskich przywódców”.
Paradoksalnie jednak nie ufał Imre Pozsgayowi, reformatorowi wywodzącemu
się z szeregów Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej,
którego uważano za zbyt awanturniczego, a więc sądzono, że
mógłby pokrzyżować politykę Gorbaczowa! I wreszcie François Mitterrand,
autor słynnych życzeń skierowanych 24 grudnia 1981 roku
do narodu francuskiego, w których powiedział, że „wszystko, co
pozwoli wyjść z układu jałtańskiego, zostanie uczynione”, widział
przyszłość jako szereg małych kroków, nawet gdyby miało to stanowić
szok dla wschodnich Europejczyków. To on wysunął propozycję
powołania „konfederacji europejskiej” włączającej również Rosję,
dodając, że zjednoczenie kontynentu zajmie dziesiątki lat. Tymi
słowami sprowokował ostrą reakcję na przykład Vaclava Havla, oburzonego
na takie niezrozumienie roli, jaką Rosja Radziecka przez
ostatnie pół wieku odgrywała w jego kraju. Konfederacja wyglądała
na wybieg mający uspokoić niecierpliwych, ale mieszkańcy Europy
Środkowo-Wschodniej widzieli w niej rodzaj poczekalni, by nie rzec
parkingu. Podczas nie w pełni demokratycznych wyborów czerwcowych
w Polsce, które niektórzy analitycy uważają za punkt zwrotny
w rewolucji antyradzieckiej, francuski prezydent spacerował po
Westerplatte z generałem Jaruzelskim, sądząc, że to on właśnie jest
głównym rozgrywającym. Przez całe lata 80. Mitterrand uważał, że
ewolucja Europy Środkowej drogą Kadara jest bardziej wiarygodna
niż ta proponowana przez opozycję demokratyczną. Był nieufny
wobec rewolucyjnych porywów konspiratorów z Solidarności.

Według krążącej anegdoty, kiedy János Kadar przyjechał z oficjalną
wizytą do Francji, na zaproszenie prezydenta Giscarda d’Estaing, zamiast
zgodnie z rutyną panującą wśród przywódców bloku komunistycznego
udać się do siedziby Partii Komunistycznej, odwiedził sekretarza
Partii Socjalistycznej przy skwerze Malesherbes. Mitterrand,
który uznał to za dług do spłacenia, doszedł do wniosku, że komunizm
musi ewoluować drogą obraną przez węgierskiego przywódcę.
Helmut Schmidt, podobnie jak Helmut Kohl, wzywał do umiaru
w obawie przed zahamowaniem ich Ostpolitik, polegającej na zbliżeniu
między dwoma państwami niemieckimi.
Można cytować wiele innych przykładów ówczesnego konserwatyzmu
geopolitycznego zachodnich przywódców, bojących się dramatycznych
konsekwencji rewolucyjnego przyspieszenia. Nawet wśród niektórych intelektualistów
znanych z ostrego antykomunizmu panował pesymizm. Tytułem
anegdoty pozwolę sobie przytoczyć Jeana-François Revela, który w swoim
bestsellerze Jak giną demokracje zdeprymował nas słowami: „Demokracja była
w historii jedynie incydentem, krótkim nawiasem, który na naszych oczach się
zamyka”1.

1 Bilans francuskiego spojrzenia, a w konsekwencji
francuskiego zaangażowania w Europie Środkowej,
nie jest jednoznaczny. Na korzyść Francji przemawia
to, że francuskie władze bardzo wcześnie zaczęły
uprawiać podczas oficjalnych podróży podwójną
dyplomację, której najbardziej symbolicznym
aktem było śniadanie François Mitterranda we
francuskiej ambasadzie w Pradze w grudniu 1988
roku, w którym wzięli udział najsłynniejsi dysydenci
czescy, pod nosem komunistycznych przywódców.
Po krótkim zawahaniu w chwili wprowadzenia stanu
wojennego w Polsce, o którym Claude Chaysson,
ówczesny minister spraw zagranicznych, powiedział:
„to wewnętrzna sprawa Polski, w związku z czym
oczywiście niczego nie będziemy robić”, Francja
postanowiła masowo przyznawać status uchodźców
politycznych emigrującym członkom Solidarności.
Po wydarzeniach z 1989 roku Francja utworzyła
Międzyresortową Misję pod egidą premiera
i Ministerstwa Spraw Zagranicznych Miseco i zaczęła
finansować Stowarzyszenie na rzecz Wspólnoty
Europejskiej. Polska, a następnie Węgry skorzystały
ze znaczącego budżetu Fundacji Francja-Polska
kierowanej przez Jacques’a de Chalendara. Francja
stała się jednym z głównych założycieli i kredytodawców
nowo powstałego banku EBRD, którego
celem było niesienie pomocy w redukcji długów
krajów Europy Środkowej i wsparcie ich rozwoju.
W tymże okresie Francuzi wykazywali się jednak
pewną niewiedzą i naiwnością. Trudno zapomnieć
wizyty w Polsce i Republice Czeskiej francuskiego
ministra ds. planu Lionela Stoleru, który nowym
przywódcom krajów Europy Środkowej świeżo
wyzwolonych spod pręgierza centralnego planu
tłumaczył zalety francuskiego planowania.

Bez wątpienia dzisiaj słuchalibyśmy go bardziej uważnie.
W Europie Wschodniej niepewność była również uczuciem dominującym.
Uczestnicy życia polityczno-gospodarczegoz Europy Środkowo-Wschodniej
z pewnym sceptycyzmem śledzili ewolucję gorbaczowizmu. Tylko nieliczni
wierzyli, że mają do czynienia z autentycznym zwrotem w radzieckiej polityce
zagranicznej. W gruncie rzeczy w samym centrum imperium odbywała się teatralizacja
strategii komunikacyjnej, której głównym elementem były podróże radzieckiego przywódcy

do Belgradu, Pragi i Warszawy czy też do Berlina na obchody 40-lecia powstania NRD.
Zadaniem emisariuszy Kremla było otwarcie nowych przestrzeni, bardziej
podatnych na działanie sił odśrodkowych, które miały ułatwić
pozbycie się przez imperium ciężarów hamujących jego modernizację,
a nawet uniemożliwiających ratowanie międzynarodowego komunizmu.
Taka była rola na przykład Olega Bogomołowa (przewodniczący
Instytutu Marksizmu-Leninizmu przy KC KPZR) czy Leonida
Jagodowskiego (wicedyrektor Instytutu Gospodarki Systemu Krajów
Socjalistycznych). Ten ostatni w wywiadzie udzielonym w Tokio w lutym
1988 roku, komentując wydarzenia Praskiej Wiosny 1968 roku,
powiedział: „Żadna partia nie może rościć sobie prawa do wzywania
kogokolwiek na pomoc, by się przeciwstawić decyzji podjętej przez inny
kraj”. Każdy, kto chce, rozumie, że jest to śmierć doktryny Breżniewa. To
również czasy, kiedy socjotechnika i decyzje eksperckie zaczynają odgrywać
znaczącą rolę w decyzjach polityków reformatorów w Moskwie,
Budapeszcie czy Warszawie.
Anegdota, którą teraz przytoczę, ilustruje ograniczenia projektu
Gorbaczowa i pokazuje, do jakiego stopnia twórcza działalność polityczna
pod jego egidą, mająca na celu zdalne sterowanie zmianami,
nie mogła już zatrzymać narastających tendencji do upadku komunistycznego
reżimu. W październiku 1981 roku wraz z kolegą czeskiego
pochodzenia, Zdenkiem Strmiską, w ramach wymiany między francuskim
Narodowym Centrum Badań Naukowych a radziecką Akademią
Nauk wygłosiliśmy w Moskwie kilka wykładów. Przywieźliśmy ze sobą
list polecający od jednego z liderów Praskiej Wiosny, mieszkającego
w Innsbrucku Zdenka Mlynara, który w latach 50. wraz z Gorbaczowem
studiował w Wyższej Szkole Partyjnej. List ten otworzył nam drzwi do
grupy ekspertów skupionej wokół Aleksandra Jakowlewa, sekretarza
KC KPZR do spraw ideologii. Jednym z tematów, którymi tam się zajmowano,
było układanie scenariuszy ewolucji krajów satelitarnych Europy
Środkowej. Podczas tej wizyty spotkaliśmy wielu scenarzystów politycznych,
takich jak Igor Klamkin, Andranik Migranyan, Wiaczesław
Dasziczew, Eugenij Abramcumow. Ten ostatni zajmował się układaniem
scenariusza wschodnioniemieckiego. Opowiadał nam, jakie słowa
skieruje następnego dnia Gorbaczow do Honeckera podczas defilady
z okazji 40. rocznicy powstania NRD. Spotkaliśmy się także z Mariną

Pawłową-Silwańską, znaną redaktorką czasopisma „Kominform”,
w którym pracowała w Pradze w latach 60., zagorzałą zwolenniczką
Praskiej Wiosny i jej liderów. To ona opracowywała scenariusz czeski.
Opowiadała nam o wywiadzie, jakiego udzielił Alexander Dubček, jeszcze
przebywający w areszcie domowym, którego dyskretnie, bez wiedzy
czeskich towarzyszy sfilmowano w Bratysławie dla bardzo popularnego
leningradzkiego programu Piąte koło. Wywiad ten miał przygotować
radziecką opinię publiczną na coś absolutnie niesłychanego: powrót
Dubčeka do władzy z błogosławieństwem Gorbaczowa, który podobno
wahał się między Dubčekiem a swoim kolegą ze studiów Mlynarem.
Mimo rozczarowującego pobytu w Pradze w 1987 roku Gorbaczow życzył
sobie zmiany, co udowodnił, odpowiadając na pytanie dziennikarza:
„Jaka jest różnica między pierestrojką a Praską Wiosną?” – „Zaledwie
20 lat”. Znamy dalszy ciąg, scenariusz Gorbaczowa się nie spełnił
i pierwszym prezydentem postkomunistycznej Czechosłowacji został
Havel, a Dubček musiał zadowolić się stanowiskiem przewodniczącego
Zgromadzenia Federalnego. Pierwszym szefem rządu został
jednak Marian Čalfa, w zasadzie w przeddzień nominacji będący
jeszcze członkiem Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Zmiana
ustroju nie przebiegła więc zgodnie z pierwotnym scenariuszem.
Z przeprowadzonych przez nas rozmów wynika, że generalny
scenariusz radzieckiego przywódcy polegał na podziale władzy,
w którym opozycja miała odpowiadać za zarządzanie kryzysem
gospodarczym, a komunistom miało przypaść stanowisko prezydenta
o władzy porównywalnej z władzą prezydenta Republiki Francuskiej.
W trzech krajach zadziałało to tylko prowizorycznie, na krótką metę.
W Polsce prezydentem został generał Jaruzelski, w ZSRR Gorbaczow,
a w Bułgarii Peter Mladenov. Większość zakładanych projektów upadła,
ale wzburzenie tych, których scenariusze krążyły wśród reformatorów
w większości podupadających, choć wciąż będących u władzy
partii komunistycznych, potwierdza hipotezę o końcu ustroju.
Jedna z najpoważniejszych konsekwencji tego, co nastąpiło w 1989
roku, dotyczy struktur rewolucyjnej i postrewolucyjnej prawomocności.
Od samego początku były one kruche i słabe, a ich skuteczność
wątpliwa, co pozwala na ambiwalentną, by nie rzec antagonistyczną
interpretację.

Legitymizacja władzy zależy od interpretacji sensu
okrągłych stołów

W różnych krajach są organizowane okrągłe stoły, lecz nie są one
do siebie podobne. Jednak sposób, w jaki następuje przekazanie
władzy – czy to drogą negocjacji przy okrągłych stołach, czy też pozakulisowo
– wszędzie ma taki sam skutek pod względem rewolucyjnej
i postrewolucyjnej legitymizacji: wprowadzenie zamieszania
w stosunku do początkowego rozdania kart. Przyjrzyjmy się sytuacji
w Polsce i na Węgrzech, gdzie metafora okrągłego stołu jest najbliższa
rezultatom negocjacji.
Po obu stronach stołu widzimy prawdziwą rywalizację o korzyści
płynące z legitymizacji. W dziesiątą rocznicę polskiego Okrągłego
Stołu telewizja wyemitowała film Skazani na siebie, wykorzystujący
taśmy generała Kiszczaka, a nakręcony bez wiedzy uczestników,
który pokazuje ich komitywę, jakby celem było skompromitowanie
negocjatorów. Jedyne uroczystości zostały wówczas zorganizowane
przez prezydenta Kwaśniewskiego w Pałacu Namiestnikowskim: odtworzono
Okrągły Stół, który obejrzało 20 tysięcy odwiedzających,
i podpisano album fotografii dobranych w dość stronniczy sposób.
Niezależnie od stronniczo dobranych scen Okrągły Stół był aktem
założycielskim „zdradzonej rewolucji”. Co zostało ukryte pod stołem?
Możemy wyróżnić trzy kategorie postaw:
Nostalgicy (Okrągły Stół = prawomocność = prawa autorskie itp.),
wśród których odnajdujemy ekskomunistów przebranych za neosocjaldemokratów
i liberałów, zwolenników zjednoczenia na rzecz
wolności.
Podejrzliwi i wykluczeni, którzy kultywują mit zdrady: co zostało
ukryte pod Okrągłym Stołem, teoria spiskowa, podział benefitów między
elitami, zdradzona rewolucja itp. Janos Kis określi to jako „grzech
pierworodny” węgierskiego Okrągłego Stołu, który nie pozwolił, by
stał się on źródłem legitymizacji nowej władzy. „Prawdziwa, organiczna
choroba [węgierskiego] Okrągłego Stołu polegała na tym, że za tajną

salą znajdowała się sala jeszcze bardziej tajna, w której przedstawiciele
WSPR [Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej] twarzą w twarz
prowadzili negocjacje z ograniczoną grupą opozycjonistów, głównie
z Forum Demokratycznego”.
Outsiderzy: ci, którzy w rozmowach uczestniczyli, ale nie odnieśli
z nich korzyści, na przykład bracia Kaczyńscy. „W Magdalence chodziło
o legalizację Solidarności. Nie było sekretnego porozumienia
mającego na celu przekazanie władzy politycznej opozycji w zamian
za utrzymanie władzy ekonomicznej przez komunistów. Nastąpiła
natomiast fraternizacja opozycji z przedstawicielami reżimu, co komuniści
później wykorzystali”.
Natychmiastowe korzyści ekskomunistów
Komuniści od razu odnieśli szereg korzyści, jak: uniknięcie bezpośredniego
potępienia, gdyż opozycja samoograniczyła się i nie ośmieliła
nazwać rzeczy po imieniu; krytyka reżimu nie mogła doprowadzić
do tego, by zaczęto atakować osoby fizyczne, czyli komunistów, a sam
reżim można było krytykować tylko w sposób aluzyjny.
Dwa przykłady:
– Cztery dni po sesji otwierającej obrady Okrągłego Stołu strona
rządowa postanowiła postawić Solidarność pod ścianą: „Czego
właściwie chcecie: kapitalizmu czy socjalizmu?”. Odpowiedź Tadeusza
Mazowieckiego: „Nie wiem, czy w Szwecji panuje kapitalizm,
a w Kambodży socjalizm. Dla mnie główna linia podziału przebiega
między totalitaryzmem a antytotalitaryzmem”.
– Podczas spotkania z komunistami Vaclav Havel powiedział: „Listopadowy
bunt był skierowany przeciw totalitarnemu porządkowi,
nie przeciw komunistom”.
W tym właśnie okresie komunizm uniknął globalnego potępienia,
a komunistyczni negocjatorzy zaznaczyli różnicę między sobą, czyli
uczestnikami okrągłych stołów, a abstrakcyjnymi stalinistami.

Dla polskich lub węgierskich ekskomunistów, zaangażowanych
w transformację swoich partii, Okrągły Stół stanowił historyczną
szansę. Z dwóch powodów. Z jednej strony opozycja pozwoliła im na
wynegocjowanie częściowej, kontrolowanej kapitulacji. Z drugiej strony
Okrągły Stół to dla nich okazja, aby w zawoalowany sposób wyznać
grzechy, okazać skruchę, a jednocześnie zażądać patriotycznej rehabilitacji
(i ją narzucić), będącej warunkiem zgody z narodem za pośrednictwem
swoich rozmówców z drugiej strony stołu. W ten oto sposób
komuniści przestawali być obcymi we własnym narodzie, społecznie
znienawidzonymi, a politycznie pogardzanymi. Po raz pierwszy ludzie
szczerze się do nich uśmiechali, klepali przyjaźnie po ramieniu, godzili
się na wspólne zdjęcia. Stworzyło to pewne więzi psychologiczne, nic
więc dziwnego, że komuniści z nostalgią wspominają tamte chwile
fraternizacji, bezpowrotnie minione wraz z pierwszymi zwycięstwami
wyborczymi antykomunistów, powszechnie wyśmiane po faktycznym
upadku imperium. Powrót do narracji „oni – my” pod wpływem
zarazem wyborów, jak i kampanii dekomunizacyjnych wzmocnił
u nich mit łączącego i harmonijnego Okrągłego Stołu. Aleksander
Kwaśniewski, aktywny negocjator po stronie rządowej, przyszły prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej, mówił nawet o „utraconej szansie”.
Po 1989 roku na tej żyznej glebie stopniowo nastąpiło przejście od niezaspokojonego
wymiaru sprawiedliwości okresu zmiany ustrojowej
(wielu było takich, którzy uniknęli lustracji i dekomunizacji) w kierunku
symboliki i pamięci. Rozłam dotyczący interpretacji 1989 roku
usztywnia się wokół tematu bezkarności komunistycznych zbrodni.
A jednak to właśnie w późniejszym okresie, z jego orszakiem przemian
społecznych i ekonomicznych, nagromadziły się główne problemy,
których źródła sięgają 1989 roku.
Masowe zwycięstwo myśli liberalnej w polityce ekonomicznej i społecznej
– z tak symbolicznymi postaciami jak Leszek Balcerowicz,
a w tle z piętnem ręki obcokrajowca, którego ucieleśniają liberalni
ekonomiści w rodzaju Jeffreya Sachsa i Davida Liptona – otworzyło
drogę krytycznemu dyskursowi społecznemu mówiącemu o prawdziwych
problemach, ale jakże łatwo instrumentalizowanemu przez
populistów.

Przecenianie powrotu do Europy oraz nastawienie się na wymuszony
marsz w kierunku przyszłości przydadzą wagi innemu deficytowemu
tematowi, który pozwoli na budowanie eurosceptycznej narracji nacjonalistycznej
i suwerenistycznej, skutecznie opartej na pragnieniu
dużej części populacji, ograbionej z heroicznej historii i pamięci – na
pragnieniu renacjonalizacji dyskursu historycznego z jego prawdziwymi
lub fałszywymi legendami o bohaterstwie.
Sprytnie zinstrumentalizowana zbitka tych problemów da znakomitą
pożywkę zwolennikom konserwatyzmu i autorytaryzmu.
Na zakończenie kilka słów o zamęcie semantycznym jako przyczynie słabości
rewolucyjnych struktur z 1989 roku. Brak konsensu w ocenie tego,
co się wówczas zdarzyło, ułatwił manipulację historyczną. Wystarczy
spojrzeć na polityczne skutki wywołane przez próbę delegitymizacji
wydarzeń z 1989 roku w Europie Środkowej. Tamta dziwna rewolucja
i nieczytelność jej przekazu doprowadziły do prawdziwego konkursu
piękności hybrydowych etykietek: najbardziej znaną była „refolution”
(ni to rewolucja, ni to reforma) Timothy’ego Gartona Asha, ale również
„dyskretna rewolucja” – termin Jadwigi Staniszkis, metafora oparta na
statystyce, „negocjowana rewolucja” Laszlo Bruszta, „rewolucja bez
barykad” François Fejtö, „rewolucja bez przeciwników” itd. Ta nieczytelność
otworzyła drogę nie tylko akademickiemu sceptycyzmowi, ale
też przede wszystkim pewnej kategorii demagogicznych uczestników
życia politycznego, którzy mówili o niedokończonej czy też zdradzonej
rewolucji, niektórzy wręcz żałując, że nie polała się krew, i proponując
przejście do drugiego etapu rewolucji, tym razem z szubienicami, aby
w ten właśnie sposób przypieczętować rewolucyjny przełom. Zamęt
ten podkreśla pewien paradoks, widoczny zwłaszcza w Polsce: niezapowiedziane
zamienienie teoretycznych zwycięzców, którymi mieli być
robotnicy, członkowie Solidarności, w pariasów fabryk zamykanych
w ramach polityki restrukturyzacji i zaciskania pasa, podczas gdy teoretyczni
przegrani, którymi mieli być członkowie nomenklatury reżimu
komunistycznego, korzystają z rodzącego się kapitalizmu i unikają
wymiaru sprawiedliwości okresu zmiany ustrojowej. To znakomity argument
wykorzystywany przez propagandę partii nacjonalistycznych
i konserwatywnych typu PiS lub partii Fidesz. Albert Camus miał rację,
mówiąc, że „źle nazwać rzeczy to powiększać nieszczęścia świata”.

Przewiń do góry