Kontr-historie Internetu

Concilium Civitas 2019/2020, Concilium Civitas, konkurs dla maturzystów, matura 2020

Kontr-historie Internetu

Czym mógł być internet? Tak przywykliśmy do cyfrowych sieci, że traktujemy je jak część natury, którą rządzą zasady tak niezmienne, jak prawa fizyki. Jest to szczególnie prawdziwe w Polsce, do której sieci cyfrowe dotarły z opóźnieniem. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki rozpoczęły prace nad własnymi sieciami internetowymi już w latach 60. Amerykański internet wygrał ten wyścig, ale dotarł do Polski dopiero na przełomie lat 80. i 90. Wydawał się gotowym produktem, do którego musieliśmy się przystosować. Nawet dziś wciąż łapiemy najnowsze aktualizacje i dodatki.
Z tak geopolitycznego punktu widzenia trudno myśleć o internecie w sposób spekulatywny. A jednak to jeden z najbardziej interesujących kierunków obranych przez współczesnych historyków internetu. Rozważenie ich argumentów może rzucić światło na nowe media i ich infrastrukturę. Otwiera także możliwość stosowania nowych metod działalności politycznej. Kiedy narzekamy na to, jak media cyfrowe na nowo kształtują naszą sferę publiczną, rośnie konieczność dokładniejszego przyjrzenia się, jakie formy bycia obywatelem te media promują, oraz sposobom, jak te formy można zmieniać bez rezygnowania z nowych technologii.

Jeszcze nie tak dawno sieci cyfrowe były przedmiotem eksperymentów, konfliktów, a czasami arbitralnych wyborów. Od wyważenia takich decyzji zależał los wielu branż. Na przykład: czy użytkownicy powinni płacić za dostęp do internetu w jednostkach czasu, w jednostkach przesyłu danych czy też może w zależności od liczby odwiedzanych stron? Kiedyś była to otwarta kwestia; z czasem dostawcy zdecydowali się na kombinację dwóch pierwszych opcji. Ale załóżmy, że architekci sieci obrali inny kurs: gdyby wejście na nową stronę miało nas kosztować kilka centów, być może bylibyśmy bardziej wybredni. A wtedy nieprawdziwe wiadomości docierałyby może do mniejszej liczby odbiorców i rozprzestrzeniałyby się wolniej.

Ostatnio ukazały się dwie książki, w których przedstawiono takie spekulatywne scenariusze, oferujące alternatywne historie internetu: Designing an Internet [Jak projektuje się internet] Davida D. Clarka i A People’s History of Computing in the United States [Społeczna historia informatyki w Stanach Zjednoczonych] Joy Lisi Rankin. Książka Clarka przedstawia czytelnikowi naukowców, którzy projektowali nasze sieci. Wielu z nich nadal marzy o zaprojektowaniu ich na nowo. Rankin zaś pisze o grupach studentów i badaczy, którzy używali wczesnych komputerów w bardziej egalitarystyczny sposób. Autorzy obydwu książek zastanawiają się, dlaczego nie przebiła się ta wersja internetu, która im osobiście bardziej by odpowiadała. Wyrażają także nadzieję, że przywołanie takich zapomnianych projektów zainspiruje czytelników do walki o lepszą cyfrową przyszłość. Wiele z tekstów, do których odwołują się Clark i Rankin, nie zostało jeszcze przetłumaczonych na język polski. Pomysły Clarka i Rankin są na tyle interesujące, że warto przeanalizować ich historyczne i krytyczne rozważania oraz przedstawić je polskim czytelnikom.

Historie internetu zazwyczaj dają pierwszeństwo heroicznej lub deterministycznej narracji. Po stronie deterministów mamy Paula Edwardsa i jego The Closed World Zamknięty świat, The Democratic Surround Demokratyczne otoczenie i From Counterculture to Cyberculture Od kontrkultury do cyberkultury Freda Turnera, What the Dormouse Said Co powiedział suseł Johna Markoffa i innych, którzy opisują internet jako wynik zderzenia pomiędzy różnymi ważnymi liniami polityki czasów zimnej wojny czy też duchami epoki. Różne wariacje tych narracji przedstawiają rewolucję cyfrową jako zjawisko zrodzone z mariażu eksperymentów kontrkultury hipisowskiej i kompleksu wojskowo-przemysłowego. Winą za ich nieudane potomstwo – naszą nieokiełznaną autoekspresję monetyzowaną przez sprytnych przedsiębiorców i przyjętą przez ogół społeczeństwa – obarcza się raz jedno, raz drugie z domniemanych rodziców.

Po heroicznej, indywidualistycznej stronie mamy książki takie jak Hackers: Heroes of the Computer Revolution Hakerzy: bohaterowie rewolucji komputerowej Stevena Levy’ego, Where Wizards Stay Up Late Tam gdzie czarodzieje nie śpią do późna Katie Hafner i Matthew Lyona, Dealers of Lightning Sprzedawcy pioruna Michaela A. Hiltzika, Innovators Innowatorzy i Steve Jobs (2011) Waltera Isaacsona, Troublemakers Awanturnicy Leslie Berlin oraz Valley of Genius Dolina geniuszu Adama Fishera. Tytuły mówią same za siebie. Historie w tym gatunku wychwalają trudno uchwytne cechy osobowości i talenty cyfrowych przedsiębiorców i wynalazców, z których najlepszym przykładem jest Steve Jobs. Niektóre mówią o okolicznościach, które sprzyjały pojawieniu się tych cyfrowych geniuszy. Ale ogółem przedstawiają one Dolinę Krzemową jako tytaniczne pole walki, na którym ujawniła się siła charakteru zwycięzców.

Obydwa ekstrema kuszą swoją klarownością, oba mogą stworzyć fascynującą historię. Od czasu do czasu, jak w książkach Lizy Mundy Code Girls Kodujące dziewczyny czy Hidden Figures Ukryte liczby Margot Shetterly, połączenie indywidualistycznego i marksistowskiego podejścia ujawnia niedocenianych cyfrowych kontrbohaterów.

Clark i Rankin nie interesuje narracja strukturalna czy teleologiczna. Dla historyka w trybie heroicznym ich książki mogą się wydawać tylko mikrohistoriami cyfrowych pionierów, których idee zostały zastąpione lub wchłonięte przez inne, bardziej ambitne wizje. Determinista zaś mógłby uznać, że niezdecydowanie balansują pomiędzy historią instytucjonalnych mechanizmów i osobistymi idiosynkrazjami, bez silnej wiary w sprawczą moc jednych lub drugich.

W rzeczywistości obie książki podejmują dwa całkowicie inne, nowe zadania. Po pierwsze, pokazują, jak duża część pierwszych programów komputerowych powstała w wielopokoleniowych społecznościach akademickich pracujących kolektywnie i bez z góry określonego celu. Motywowała je bardziej ciekawość i nauczanie niż ego, wpływy i zysk. Po drugie, kontestują one ewolucyjną logikę, zgodnie z którą należałoby przyjąć obecną wersję internetu za najlepszy możliwy rezultat. Globalna sieć w ich perspektywie wyłoniła się z różnorodności rozbieżnych trajektorii i modeli rozwoju. By wyobrazić sobie lepszą wersję naszego zmodyfikowanego technologią świata, musimy poznać te alternatywy i ich różnorodność. Często warto zawrócić na te drogi, których nie wybrała Dolina Krzemowa.

Książka Joy Lisi Rankin koryguje to, co autorka nazywa „mitologią Doliny Krzemowej”. Opisałam ją wcześniej jako heroiczną narrację dotyczącą komputeryzacji. Tematem jej pracy są „studenci i wykładowcy, którzy w latach 60. i 70. budowali akademickie sieci komputerowe i używali ich, znanych wtedy jako systemy z podziałem czasu”. Na podstawie ich historii Rankin „tworzy historie ery cyfrowej, która kładzie nacisk na pomysłowość, współpracę i życie w społeczności”: „Sieci z podziałem czasu nie narodziły się ani z indywidualnego geniuszu, ani z kompleksu wojskowo-przemysłowego; zostały raczej stworzone dla – i przez – studentów i wykładowców na uniwersytetach i w szkołach publicznych jako projekty cywilne, mające służyć cywilom. W swym idealizmie twórcy tych systemów uważali dostęp do komputerowego świata za dobro publiczne, dostępne da wszystkich członków kolektywu – czy był nim uniwersytet, system szkolny, stan czy nawet cały kraj”.

Nazywając tych studentów i wykładowców „obywatelami komputerowego świata”, Rankin opisuje alternatywną cyfrową rzeczywistość, w której moglibyśmy być nie tylko „konsumentami” czy „użytkownikami” urządzeń cyfrowych. W rozdziałach dotyczących sieci z podziałem czasu w latach 60. w Dartmouth College, a następnie ekspansji języka programowania BASIC na szkoły średnie i rozwoju systemu PLATO (Programmed Logic for Automatic Teaching Operations) na uniwersytecie w Illinois od lat 60. do 80. Rankin przeciwstawia się z góry przyjętej koncepcji, że posługiwanie się komputerami osobistymi stało się popularne w szkołach dopiero wtedy, gdy te komputery najpierw dojrzały w umysłach Steve’a Jobsa i Billa Gatesa oraz w laboratoriach kompleksu wojskowo-przemysłowego.

Programami tymi byli zainteresowani uczący się w różnym wieku – od uczniów szkół średnich po doktorantów. Tworzyli pierwsze fora internetowe, interaktywne historie i gry komputerowe. Ich tworzone na boku projekty początkowo frustrowały nauczycieli, ale stopniowo zaczęły ich zachwycać. Nieformalne zawody pomiędzy strażnikami komputerów i ich uczniami prowadziły do zdumiewających wyczynów hakerskich i tworzenia zaawansowanych systemów zabezpieczeń. Zasady ich działania służą nam do dziś.

Te wczesne eksperymenty ożywiał etos „podziału czasu”: studenci i pracownicy naukowi korzystali z jednego centralnego systemu komputerowego. W tamtych czasach żadne inne rozwiązanie nie byłoby stabilne finansowo, ponadto niosło ono ze sobą pewien utopijny etos wzajemnego szacunku i transparentności. Rankin broni tego modelu jako zalety, a nie wady tych wczesnych sieci. Podział czasu, jak argumentuje, uczył młodych ludzi używać komputerów nie jako prywatnej przestrzeni do pracy, ale jako elastycznego, interaktywnego narzędzia, używanego wspólnie z innymi. Choć krytykuje ograniczenia tych wczesnych eksperymentów, takie jak ukryte stawianie na uprzywilejowanej pozycji męskiej perspektywy, Rankin jest optymistką i twierdzi, że możemy się z nich czegoś nauczyć. W swej książce pragnie wykazać, że możliwości informatyki nigdy nie są w pełni z góry ustalone przez dostępne nam technologie. Nasza moralność i pragnienia mogą kształtować sieci cyfrowe co najmniej z taką samą siłą, z jaką sieci te wpływają na nas.

Rankin nie proponuje prostej ścieżki przed siebie (ani wstecz) do podziału czasu. Wydaje się jednak mieć nadzieję, że jej czytelnicy zechcą poszukać tej ścieżki na własną rękę albo przynajmniej spojrzą na swoje konsumerystyczne przyzwyczajenia cyfrowe z większą podejrzliwością.

Książka Davida D. Clarka The Designing the Internet – bardziej techniczna niż książka Rankin – ustawia się na linii granicznej pomiędzy historią i spekulacją. Clark jest seniorem przemawiającym do młodego pokolenia, naukowcem z MIT, który brał udział we wczesnym tworzeniu i rozwijaniu tego, co stało się ogólnoświatową siecią WWW (World Wide Web).

Clark pokazuje, że internet nie pojawił się tak po prostu. Rusztowanie, na którym wzrastał, było świadomie projektowane przez ludzi, z których wielu nie miało nadziei na zysk większy niż satysfakcja z rozwiązania złożonego zadania matematycznego.

Książka Clarka jest bardzo abstrakcyjna – do tego stopnia, że laik może mieć trudności z jej zrozumieniem. Ale nawet pobieżne jej przeczytanie może się okazać fascynujące. Clark opisuje wersje architektury internetu, które nigdy nie zostały zrealizowane. Żałuje, że nie pomyślał o nich wcześniej. Pisze o właściwościach obecnej wersji sieci, które jego zdaniem najlepiej oddają jej elastyczność, i o takich, które są jej nieprzyjazne.

Clark wyjaśnia, że internet można dziś podzielić na trzy sekcje. Jedna z nich istnieje tylko w Chinach, druga pozostaje pod jurysdykcją Unii Europejskiej, a trzecia znajduje się głównie w Stanach Zjednoczonych. Sekcje te są oddzielone od siebie zaporami internetowymi, ale mają wspólną, spinającą całość, podstawową architekturę. A co by się stało, gdyby regionów cyfrowego świata było więcej i gdyby były bardziej niejednorodne? Clark wykazuje, że to pytanie frapuje wielu informatyków, którzy proponują modele komunikacji międzyregionalnej o nazwach takich jak Plutarch, Sirpent i Metanet. Biorąc pod uwagę to, co najbardziej cenimy w obecnym środowisku cyfrowym, na przykład prędkość, bezpieczeństwo czy elastyczność przyszłych rozwiązań, autor wyjaśnia, dlaczego niektóre z tych modeli powinny być dla nas kuszące. Twierdzi też, że przyjęcie jednego z nich niekoniecznie (jak można by się obawiać) zwiększyłoby kontrolę rządu nad tym, co dzieje się w sieci. Dziś tylko podmiot tak wielki jak Chiny czy Unia Europejska może utrzymać silną oficjalną zaporę pomiędzy swymi obywatelami i resztą świata. Gdyby internet w sposób naturalny podzielony był na części, mniejsze, niezależne od rządu społeczności, mogłyby same bardziej skutecznie regulować pewien jego obszar za pomocą lokalnych sił i stawiać sobie bardziej różnorodne i idealistyczne cele niż te, które prowadzą ludzi do Dark Netu.

Kiedy Clark próbuje przewidywać przyszłość, pisze ogólnikowo i mało zaskakująco: „Rozwój sieci w przyszłości nie umożliwi szybszego do nich dostępu, ale za to zapewni bardziej zróżnicowane usługi”. „Moim zdaniem następna »zabójcza aplikacja« … będzie wciągającą, wieloosobową, interaktywną rzeczywistością wirtualną albo ogromną liczbą autonomicznych nośników”. Najlepsze fragmenty jego pracy, które zapadają w pamięć czytelnika, to te, w których nagle porzuca sprawy techniczne i przewidywania, przechodząc do klarownych refleksji o ograniczeniach i możliwościach idealnej, nierealnej sieci.

Abstrakcyjny, pół estetyczny, pół matematyczny pragmatyzm Clarka przynosi ulgę od heroicznych idealizacji obecnej sieci z jednej strony i deterministycznych analiz kosztów i zysków z drugiej. Autor przypomina nam o różnicy pomiędzy ograniczeniami naszych systemów komunikacji, których nie potrafimy przezwyciężyć (jak prędkość światła), a tymi, którymi możemy manipulować (jak regionalne różnice pomiędzy różnymi częściami sieci). Clark podkreśla, że myślenie o przyszłości internetu ma przynajmniej tyle wspólnego z planowaniem miasta, co ze zdobywaniem rynku, tak jak robią to firmy Airbnb czy Uber. Architektura i infrastruktura sieci, podobnie jak plan miasta, ma duży wpływ na działania człowieka, jakie się w niej odbywają. Nasze cyfrowe życie mogłoby się niewyobrażalnie zmienić wskutek modyfikacji owych fundamentów.

Podejście Rankin i Clarka przypomina utopijne teorie edukacyjne Oświecenia. Jak w Emilu Jeana-Jacques’a Rousseau w ich książkach pojawia się marzenie o współdziałaniu uczniów i nauczycieli. Starsza generacja chce nauczyć swe dzieci niezależności intelektualnej, młodzież zaś przyjmuje przewodnictwo starszych z ufnością i kreatywnością.

Rankin otwarcie pisze, że „podkreśla znaczenie edukacji – na wszystkich poziomach – jako pola do rozwoju kreatywności, współpracy i innowacji”. W bardziej zawoalowany sposób, choć z równą mocą, Clark próbuje uwolnić swych czytelników od krótkowzrocznego spojrzenia na architekturę sieci jako danego pejzażu, w którym zmierzamy do swych celów i realizujemy swe interesy, nie zastanawiając się, skąd ten pejzaż w ogóle się wziął. Mając większą wiedzę na temat tego, jak budowana była sieć, albo jak mogła zostać zbudowana, moglibyśmy bardziej swobodnie myśleć o tym, jak wykorzystywać w niej nasze możliwości i zasoby.

Jak u Rousseau, sprzeczności w tym ideale wspólnej edukacji Clarka i Rankin są oczywiste, choć fascynujące. Pedagogiczna utopia Rousseau idealizuje, ale też infantylizuje młodych uczniów. Rousseau pisał: „Sprawuj pieczę [nad swym dzieckiem] od chwili, gdy przyjdzie na świat. Kiedy tylko się narodzi, zajmij się nim i nie opuszczaj, aż stanie się mężczyzną; w przeciwnym wypadku nigdy ci się nie powiedzie”. Choć idealny nauczyciel powinien także starać się „samemu stać się dzieckiem (…) nie może podawać reguł, musi pozwolić, by zostały odkryte”. W Emilu Rousseau czyni też ostre rozróżnienie pomiędzy tymi, którzy mogą, i tymi, którzy nie mogą być kształceni w całkowicie wyzwolony sposób. „Nie ma równości pomiędzy obu płciami”. W istocie „rolą kobiety jest zadowalać mężczyznę”.

Oczywiście ani Clark, ani zwłaszcza Rankin nawet nie zbliżają się do poglądów Rousseau na temat kobiet. A jednak nierówności w dostępie i instytucjonalne hierarchie to poważne, nierozwiązane problemy dla społeczności uniwersyteckich, które opisują.

Oboje naukowcy bagatelizują także edypowe konflikty akademickie i to, jak mogą one opóźnić lub wypaczyć innowację. Clark i Rankin opisują uniwersytety widziane przez różowe okulary, jako intelektualne schrony, których oderwanie od świata pielęgnuje kreatywną bezosobowość, jakiej świat zewnętrzny bardzo potrzebuje. Dla obojga autorów uniwersytety zapewniają przestrzeń wsparcia, w której studenci uczą się, jak uwolnić swe myślenie od potrzeby opieki kogoś starszego. Oczywiście bańki intelektualne ułatwiają tworzenie utopii politycznych. Sceptyk mógłby wyśmiać romantyzm tych założeń i dowcipkować, że Clark i Rankin postrzegają wykładowców uniwersyteckich jako „nieuznawanych prawodawców świata” (jak pisał o artystach romantyk Percy Bysshe Shelley). Takie marzenie poety zdaje się tym bardziej złudne, kiedy jest wyrażane przez akademika.

Warto jednak życzliwiej przyjrzeć się argumentom Clarka i Rankin. Oboje wyobrażają sobie internet, który mógłby robić coś więcej niż wzmacniać nasze wspólne poczucie beznadziei osobistej i politycznej. Postrzegają go jako dziedzinę, w której możliwa powinna być działalność intelektualna i polityczna – choć w pewnych granicach – oraz w której nasza działalność nie musi być kształtowana tylko przez kwestie ekonomiczne. Clark zachwyca się pięknem i elegancją alternatywnych sieci; Rankin jest podobnie zdumiona zdolnością wczesnych użytkowników komputerów do bezinteresownej współpracy. By poczuć ich zachwyt, trzeba sobie przypomnieć o naszej wspólnej umiejętności dążenia do celów innych niż osobisty zysk, takich jak przyjemność estetyczna, wiedza i altruizm. Wątpiąc w ich wizje, ryzykujemy bierne zaakceptowanie naszych środowisk internetowych jako czegoś danego, co może zostać zmienione deus ex machina, przez innego genialnego wynalazcę.

Z tego samego względu książki te zachęcają nas do przemyślenia początków polskiej komputeryzacji. Pierwsze polskie komputery, pozostające pod wpływem modeli radzieckich, jak również amerykańskich, miały wiele właściwości, którymi zachwycają się Rankin i Clark. Polska komputeryzacja powoli wprowadzała personalizację. Dłużej tkwiła w środowisku kolektywnych pomysłów i podziału czasu oraz w kręgach akademickich. Te wczesne projekty, do których należy linia sprzętu komputerowego Odra oraz kilka sponsorowanych przez uniwersytety ośrodków wyposażonych w komputery wielkiej mocy, pozostają – poza wąskim kręgiem specjalistów – niezbadane. Książki Rankin i Clarka pokazują, dlaczego badanie alternatywnych trybów cyfrowej socjalizacji, które leżą u ich podstaw, może się okazać fascynujące historycznie i politycznie.

Marta Figlerowicz

Marta Figlerowicz – profesorka na wydziałach anglistyki, komparatystyki i filmoznawstwa uniwersytetu Yale. Przez pryzmat literatury i mediów pisze i wykłada o rozumieniu indywidualności oraz samoświadomości. Urodziła i wychowała się w Poznaniu; wyksztalcenie wyższe zdobyła na Harvardzie i w Berkeley, dzięki pełnym stypendiom obu uczelni. Jest autorką dwóch książek, “Flat Protagonists” (Oxford, 2016) i “Spaces of Feeling” (Cornell, 2017) oraz licznych artykułów. Poza prasą naukową pisuje też m.in. dla „Washington Post”, „Foreign Affairs”, „Jacobin”, czy „Boston Review” – o kulturze i polityce zachodniej i wschodnioeuropejskiej. Od roku 2013 należy do Harvard Society of Fellows.

Od autorki:
Wcześniejsza wersja tego artykułu pojawiła się po angielsku jako “Counter-Histories of the Internet”, Public Books, February 25, 2019, www.publicbooks.org/ counter-histories-of-the-internet/

Tekst publikowany na licencji Creative Commons. Uznanie autorstwa 3.0 (prawo przedruku z podaniem autora i źródła)

Przewiń do góry